sobota, 7 grudnia 2013

Kwestie naturalne

Była tam, nareszcie. Nasza wyspa. Naprawdę nasza wyspa. Wyglądała przepięknie, wyłaniając się z wieczornych mgieł. Zawsze cieszyłam się na jej widok, a później - z rozrzewnieniem wspominałam.
                                                                                  ***
Za pierwszym razem po prostu się na niej rozbiliśmy. Nie ukrywam, że płakałam, i że byłam przerażona. Niby młodziutka, lecz życie nigdy mnie jakoś szczególnie nie rozpieszczało. Jednak przeszła rzeczywistość w porównaniu z tą – zupełnie nagą i dziką – jawiła się niemalże jak słodki i beztroski sen, którego przerwanie wydawało mi się okropnie brutalne. Pozbawiona znanych mi ozdobników natura dodatkowo rozpalała mój wstyd – w tych do bólu realnych warunkach, zdana na siebie, nie wiedziałam co robić.
Dobrze, że on - obejrzawszy wszystkie sezony „Zagubionych” – wiedział ode mnie trochę więcej. I że w nim, samcu, w dużej mierze zachował się pierwotny instynkt samozachowawczy.
 I tak przedzieraliśmy się – zduszeni dżunglą, mokrzy od potu.
                                                                                   ***
 Dziwna przygoda skończyła się szybciej, niż mogłam się spodziewać. Wprowadziła jednak dużo zamieszania w mojej głowie – nie wiedziałam, co myśleć, wspomnienia własnej niepewności i niezdarności prześladowały mnie z uczuciem zażenowania. On tymczasem zdążył już przemielić swój wcześniejszy strach i uformować z niego chęć powrotu. W przeciwieństwie do mnie czuł się pewnie i w miarę, jak ja starałam się po prostu nie rozgryzać tamtej historii, on wykorzystywał ją jak dumną tarczę i nosił na twarzy w zadowolonym uśmiechu. Niedługo czekałam, aż przyznał, że chciałby tam wrócić. Kochaliśmy się, stawialiśmy na kompromisy – więc wracaliśmy.
                                                                              ***
 Było tak, że odkrywałam coraz więcej kolorów, egzotycznych roślin, owoców i ptaków. Wszystko wydawało się żywsze niż na początku, barwy nasycone do maksimum, rozkoszne zapachy. Wyspa dyszała moim podnieceniem.
 Więc jeśli było u nas szaro-buro. Albo jeśli było słonecznie. To zabieraliśmy się na wyspę i jęczeliśmy w ekstazie.
                                                                         
                                                                              ***
 Urodziłam i to był chłopiec. Postanowiliśmy nazwać go po ojcu mojego ojca, chociaż ledwo go pamiętam, bo po ojcu ojca prędzej niż po ojcu, mogłam się w dzieciństwie spodziewać czułego gestu. Gładził mnie po głowie.
                                                                               ***
 Zanim zdążymy utonąć razem w powodzi kaszki i pieluchach – tonę sama. Nie ukrywam, że popłakuję i że jestem przerażona.
 Na strach przynajmniej mam mniej czasu niż ostatnio, na trasie dom matki – praca - sklep – dom matki – mój dom. Dobrze, że chociaż matka, powstrzymawszy się zarówno od komentarza, jak i współczucia, z karcącym spojrzeniem bierze odpowiedzialność za małego.
                                                                                 ***
Pcham wózek trochę mniej atrakcyjna – nigdy nie byłam – i zbieram plastikowe zabawki w piaskownicy. Czasami próbuję wrócić na wyspę, ale samej jest doprawdy gorzko.
Teraz krótka przerwa, podczas której czytelnik ma czas na wykrzywienie warg w smutnym, współczującym grymasie. I na danie upustu agresji myśląc o mężczyźnie, który skrzywdził naszą bohaterkę i uchylił się od konsekwencji wspólnych zabaw, tym samym prawdopodobnie czyniąc ją do końca życia zapartą w romantycznej goryczy i z łezką w oku.
Pocieszę was jednak! To wcale nie pierwszy a drugi mężczyzna, na którym się tak silnie się zawiodła. Chyba więc – w głębi duszy – musiała się tego spodziewać, nauczona doświadczeniem (podświadome wyciągnie wniosków ze zdarzeń nazywane jest u kobiet „intuicją”). A skoro już raz się zdarzyło, i skoro się spodziewała, to teraz – ciężko, bo ciężko – podniesie się na nogi.
Uwaga, podnosi się.


Zdarza się, że gdzieś mnie tam zaproszą – koleżanki jeszcze ze studiów licencjackich, które kiedyś tam jakoś skończyłam. I tak się akurat składa, że zapraszają też poczciwego bruneta o niedźwiedziej fizjonomii, którego czarne oczy iskrzą się w uśmiechach do mnie.
To bardzo miłe, myślę, odbierając małego z rąk matki znacznie później tego samego wieczora.
                                                                                    ***
On ma inne serce, tak wyszło, że dla mnie lepsze. Zabiera mnie w różne miejsca, czasem naprawdę zaskakujące.
Jest taki jeden wieczór, kiedy w skromnym mieszkanku nocuje kolega mojego malca. Regał dzieli salon na naszą część i na kącik, w którym śpią chłopcy. Oboje mają już po osiem lat. Niedźwiedź się trochę rozlał, a ja, przyznaję, również jestem jakby bardziej obła. Leżymy na kanapie, on włączył telewizor. Brad Pitt w filmie z gangsterami, on patrzy. A ja mu wciskam białe udo  między nogi i lekko drapię. Właśnie teraz obudziła się chęć do powrotu do kolorowych ptaków i smaku kokosowego mleka. Powrotu na wyspę dzikości, taką jak wtedy. Staram się ze wszystkich sił. A on – trochę pobłażliwy uśmiech. Krępuje się, bo nie wiadomo, czy dzieci faktycznie śpią. Tak mnie irytuje ciągłym odmawianiem, że w końcu wstaję, każe wstać jemu i zapalam światło. Śpią jak zabici, nie widzi?
Z ociąganiem daje się przekonać. Bierze mnie, w sumie to już nie wiem, gdzie.

Dwojako. Obie wersje są równie rzeczywiste.

A.
Gdy się budzę po tych kilkunastu latach i patrzę w sufit, zanim pójdę obudzić małego, który dawno przestał być mały, pierwszy raz od bardzo dawna daję sobie chwilę na zastanowienie. Sufit jest naprawdę porażająco biały, co to za głupia myśl, pewnie, że jest. Wstanę już – czas rozpocząć kolejny dzień jako kobieta w schemacie – żona, matka, księgowa.
W łazience odbija mi się w głowie echo wcześniejszej myśli – kobieta?
Patrzę w lustro, wyglądam przeciętnie, ale widzę się jeszcze gorzej. Nic nie mam ze swojej kobiecości oprócz comiesięcznej frustracji (po co się w ogóle przypomina?). A w zasadzie to – codziennej frustracji. Rutyny. Dobrze, że nie jestem ambitna, bo tym bardziej nie spojrzałabym sobie w oczy. Mamy wybudować z Niedźwiedziem dom, zastanawiam się, co to zmieni.
O wyspach i innych miejscach – dla jasności – nie myślę wcale. To część przeszłego życia, w którym nie pamiętam, o co chodziło. (Pamiętam, pamiętam, pamiętam!) Spuszczam zaszklone spojrzenie.
B.
Gdy się budzę po tych kilkunastu latach i patrzę w sufit, zanim pójdę obudzić małego, który dawno przestał być mały, pierwszy raz od bardzo dawna daję sobie chwilę na zastanowienie. Sufit jest naprawdę porażająco biały, prosty, patrzenie na niego kojarzy mi się z bawełnianą teksturą pościeli, z ciepłem oddechu śpiącego obok Niedźwiedzia. Myślę sobie – dobrze się potoczyło. Dzisiaj w nocy znowu nam się udało. Nie zdarza się tak często jak kiedyś, ale doceniam te pojedyncze razy, które zwykle – co najlepsze – wypadają bardzo spontanicznie. Mam poczucie poprawności rodzinnych relacji między naszą trójką. Poprawności na pięć, w sumie. Wstanę już – nie mam za wiele czasu na rozmyślania. Chyba, że za kilka lat.
                                                                                     ***
Wybudowaliśmy dom, w końcu. Szkoda, że syn za rok na studia, nie nacieszy się.
--------------------------------------------------------
Zbyt prosto o złożoności emocjonalnej całkiem nieskomplikowanej kobiety.
Proszę o rozumne odczytanie tytułu. Nie chodzi o pojmowanie ,,naturalnego'', jako ,,prymitywnego'', ,,mniej rozwiniętego'', tylko o ,,normalnego'', ,,nieuniknionego'', i przede wszystkim: ,,jak najbardziej na miejscu''.

Pozdrawiam, K.
Może uda mi się sklecić coś świątecznego? Chciałabym, lubię święta.

czwartek, 21 listopada 2013

Przytulnie

Cisza. 
Na początku wystrzał, gotowi do startu - pędzą do końca semestru. Nagle się okazało, że już dwudziesty pierwszy listopada, dużo się osiągnęło, ale mało się miało czasu na myślenie z prawdziwego zdarzenia.
Jeszcze mniej się pisało, żeby nie powiedzieć, że nic. 
Odświeżam stronę krótkim postem. W końcu, kiedy już mam dla siebie cały dzień i wieczór, jestem tak otumaniona i senna (mimo ucięcia sobie wcześniej trzygodzinnej drzemki), że marne próby pracy nad milionem luźnych zdań w szkicowanych postach spełzają na niczym.
A ja i tak się cieszę. Z pracowitych tygodni i z tego momentu teraz, w świeżutko posprzątanym mieszkaniu, przejedzona tartą pomidorową, w cieple i w listopadowym przycupnięciu pod kołdrą. 
I tak, cisza, ale znajdę czas.
Muszę znaleźć. 
Bo przecież - czy jest coś ważniejszego?

niedziela, 15 września 2013

Spalam się


the perfect drug - moja, haha, inspiracja
*
Nie mogę wytrzymać.
Jak ona się pręży w tym swoim nienasyceniu, prawdziwa kocica. Z taką gracją przybiera pozy i miny pełne napięcia, jej dziewiętnastoletniość pulsuje dramatycznie przy rozpaczliwych próbach osiągnięcia pełnego zrozumienia. Chłonie wzrokiem te wszystkie części krajobrazu, jakby w nich widziała wszechświat, a w moich oczach szuka bardziej WSPÓŁ-CZUCIA, wspólnego czucia niż akceptacji, czy oparcia.
Ale mi też nie brakuje dynamiki, z każdą chwilą widzę ją coraz bardziej nagą i egzotyczną, nagą do samej nagości, z wszystkimi wymarzonymi elementami.
Jak może nie dostrzegać tego szału, który mąci moje niebieskie spojrzenie?
Chciałbym ją mieć, ale nie ma w tym żadnego uczucia z wyższej półki. Po prostu jak mógłbym jej nie chcieć - tu i teraz, to wspaniała dziewczyna.
Przez nią naprawdę nie zwracam uwagi na otoczenie, na fale zielonych pagórków, na obłoczki, którymi upstrzone są błękitne przestworza.
Błękitne, kurwa mać, przestworza są niczym w porównaniu z jej dziewiętnastoletniością. A ona zdaje się tego nawet nie zauważać, zajęta byciem zachwyconą.
Ma wyostrzoną wrażliwość na malownicze widoczki, poruszają to tkliwe, naiwne serduszko, a ja sam się sobie dziwię, że skierowałem myśli w stronę narządu napędzającego jej krwiobieg, a nie seksualność.
Ona pachnie dziewiętnastoletnią jędrnością, pachnie gładkością skóry.
Zaszczebiotała. Nie zdążyłem usłyszeć, co powiedziała. Mógłbym dopytać o szczegóły, ale rozpoczynam akurat walkę ze zbyt obsesyjną chęcią zdarcia z niej tych śmiesznych i przewiewnych ciuszków i pozbawienia niewinności. Tak - ona pachnie niewinnością.
Skupiam uwagę na zachodzącym słońcu, na tym, jak jego blask rozlewa się na połaci zieleni. Przed chwilą jeszcze obserwowałem ten sam blask, jak złocił jej długie włosy, ale w końcu się opanowuję.
-Dlaczego nie podziwiasz widoków? - pyta mnie z oburzeniem, świdruje stalowo-niebieskim spojrzeniem.
Patrzę na nią, w ostatniej chwili gryzę się w język, żeby nie powiedzieć, że PRZECIEŻ PODZIWIAM, dobitnie lustrując jej biust. Ale chyba ta nieczystość znajduje swoje odbicie na mojej twarzy. Czy wyglądam teraz jak lisek? Lisek-chytrusek, a może lisek-penisek?
Ona znowu coś mówi, a ja znowu się zapomniałem, zapomniałem, że mam słuchać i czuję się zażenowany. Gdybym nie był taki pełny wigoru, a ona nie stanowiłaby uosobienia moich marzeń, gdyby leniwa atmosfera spaceru nie przyczyniła się do wyostrzenia zmysłów i instynktów, przy jednoczesnym uciszeniu logicznego myślenia, słuchałbym jej z rosnącym podziwem.
Życie w ogóle jej nie doświadczyło, a ta dziewiętnastoletniość była zdrowo naiwna, ujęta w kategorii normy, kolejny etap rozwoju (a jej rozwój tak pięknie mi pachniał).
A jednak ona znacznie prześcignęła swoje rówieśniczki, i w całej naiwności chyba czuła, że to domena jej wieku, bo do ludzi miała stosunek dość sceptyczny.
Tyle zdążyłem wyczytać z jej słów, gdy ściśnięci w pociągu tego poranka, dzieliliśmy się poglądami na różne kwestie.
Ze spokojem w sercu nalepiam jej etykietkę jednej na milion, rzadkiego okazu. Po prostu nalepiam, chociaż jej dziewiętnastoletniość zupełnie mnie rozbraja. Po prostu nalepiam, nie mam żadnych planów.
*
Tekst troszkę bez treści, trochę śmieszny. Pozdrawiam. K.

wtorek, 3 września 2013

Marta

     Kupuje kawę rozpuszczalną.
     Przyglądam się przez mniej niż ułamek sekundy i wiem, że to na pewno ona. Całe jej jestestwo można zamknąć w tych wytartych jeansach jeszcze z lat 90-tych, zmechaconych polarach, w brzydkiej fryzurze.            Kątem oka mnie dostrzegła, więc się obraca i przede mną maluje się widok dalszej części jej osoby.
Brzydka fryzura - frontem. Czy ona kiedykolwiek miała dłuższe włosy? Niewykluczone, że właśnie w latach 90-tych. Była wtedy dziewczyną o absolutnie przeciętnej urodzie. W każdym razie odkąd ją znam, przycina je tak, że ledwo sięgają za ucho, i cieniuje na zmyty blond, tworząc z naturalnymi odrostami coś wyjątkowo nieapetycznego. Poza tym te wiecznie podkrążone, ale dziwnie ruchliwe oczka. Wysuszona skóra. Złote kolczyki, które musiała dostać wiele lat temu - może na komunię lub z okazji ślubu. Złote, ale z tandetnymi różowymi oczkami.
     Pozdrawiam ją i uśmiecham się, odwdzięcza się tym samym, jednocześnie prezentując szereg nieco krzywych zębów. Pyta mnie, czy też na zakupach. Tak, tak, ale niewielkich. Myślę sobie, kurwa, mogłaś zapytać o wakacje albo jakie wybrałam studia. Przecież stoimy w kolejce do kasy w minimarkecie, na taśmie leżą ledwo trzy moje produkty, mogłaś chociaż coś o pogodzie...
     Nie, mamy nie ma w domu, wciąż w pracy i nie wróci dzisiaj, zostaje na nocce. A ona, że też ma dzisiaj nockę. A ja, aha, i zastanawiam się, gdzie też może pracować.Próbuję być komunikatywna, śmieję się z udawaną satysfakcją, że przede mną jeszcze miesiąc wolnego, ona: he, he, he. Nie podtrzymuje rozmowy.
     Pamiętam ją jak wiruje w tańcu, w sukience w grochy. Nigdy nie była modna, wtedy też nie, ale przynajmniej zadbała o jakieś perły i elegancki makijaż. Moja mama wygląda o niebo lepiej, chociaż jest troszkę starsza. Ja z kolei rzygam sobie zjedzonym wcześniej obiadem, niby mi przykro, że na weselu nie mogę skosztować wszystkich pyszności, ale tata powiedział, że cola dobrze robi w takich sytuacjach, więc mam pozwolenie pić colę, ile tylko zapragnę, nawet więcej!, a to plus.
     Przykucam przy muszli, z wariacjami brzuszka, pokurczona w dziwnej pozie, byle się tylko nie dotknąć brzydkich i starych kafelek. Patrzę przez kolana na wylakierowane sandałki i drobne palce u stóp.
     Nagle słyszę łkanie, uchylam drzwi kabiny, chowam się do kąta. Marta w sukience w grochy, zakrywa twarz dłońmi, opiera się o ścianę i osuwa w dół. Sądząc po wcześniejszych odgłosach, wpadła tu z niemałym impetem, a teraz już zdążają ją dogonić ciocia i chrzestna.
     Zalana łzami, nie dba o makijaż, gdy drzwi się zamykają za dwiema kobietami. Nigdy nie odznaczała się w moich oczach szczególną siłą, ale teraz stanowi bezbronny kłębek wstrząsanej łkaniem materii, drżącą figurkę przystrojoną w białe grochy.
     I pamiętam, jak po chwili trochę się opanowuje i, dalej zapłakana, mówi do mojej chrzestnej, Kasieńka, ty się proszę Cię, nie przejmuj, zostaw mnie tu może na chwilę, z Idunią, to jest twoja noc, musisz się cudownie bawić, musisz być z gośćmi, a nie siedzieć tu i mnie pocieszać, ja sama sobie jestem winna, to jest twoja noc, ja już swoją miałam. I przy ostatnich słowa szloch się wzmaga, ja już swoją miałam.
Ciocia kładzie chrzestnej rękę na ramieniu, daje sygnał, że przejmie kontrolę nad sytuacją, panna młoda ściska Martę i wychodzi.
     Ja, że co się stało, z bardzo zmartwioną minką, czemu ciocia płacze? Ale żadna nie zwraca na mnie uwagi, Marta, że on już jej nie kocha, i że zawsze przynosi jej wstyd, że za każdym razem jest to samo, a ciocia milczy, bo co ciocia może powiedzieć? Zawsze jest tak samo.
     Nie zapominaj, Anusiu, że to wszystko jest jej wina, pełnym powagi i niechęci głosem mówi ciotka Marysia. Siedzę znużona w pokoju dziennym u babci. Babcia ze swoją siostrą piją fusowatą kawę w szklankach. On nawet jak chce, jak próbuje, to ta zamiast mu pomóc, jeszcze sama pije. Sama mu podobno nalewa do kieliszka, a potem robi awantury, że nie może znaleźć pracy i ich utrzymać. I naszą Elę do rozpaczy doprowadza.
     Przykro mi to słyszeć - z całego rodzeństwa babci najbardziej lubię ciocię Elę, ale wiem, że ma mnóstwo zmartwień. To widać od razu, jak się wchodzi do ich domu. Jej syn z Martą też tam mieszkają.
Jestem jeszcze młodsza, mam może siedem latek. Śmiesznie mała wobec wielkiej, czarnej meblościanki. Dosięgam wzrokiem różnych bibelotów. Kolekcji hipopotamów z jajek-niespodzianek. Koszyczka sztucznych owoców. Wyżej, za szybą: drogocenne szkło. Telewizor włączony. Marta daje mi takiego hipopotama, którego jeszcze nie mam, a strasznie mi się spodobał. Dziękuję, rumieniąc się.
     W ogóle przysparza Eli tylu trosk, nie przerywa ciotka. Bo nie dość, że jego ciągnie na manowce, nie dość, że siebie, że całe małżeństwo, że żyją na Elżuni emeryturze w zasadzie, to ta ma jeszcze tupet się z Elą awanturować. Ja mówię Ela, nie wiem, jak ty to wytrzymujesz.
     Grochy się trzęsą, czy on mnie już naprawdę nic nie szanuje, nic nie kocha?!
     A jak się w ogóle poznali? Tego nie wiem do dziś, ale chyba nieciężko mi to sobie wyobrazić. Ona jest z okolicy, on, jak miał siedemnaście lat to podobno już często podpijał. Wciąż nie tak dużo, jak jego ojciec, no i trochę mniej niż starszy brat. A pamiętam taki granatowy wieczór, jak wracam z mamą ze sklepu, dzwoni telefon, ona poważnieje. Ten brat właśnie - umarł przed przed godziną w szpitalu, w wieku trzydziestu czterech lat. Ciocia Ela, jego matka, w czarną rozpacz, zaraz przed wigilią, przeżyć własne dziecko! Wszystkie ciotki, taki młody, Boże, jak go żal! Moja matka, marskość wątroby i niech to pozostanie ostrzeżeniem dla młodszego brata, jeśli nie chce tak skończyć, niech przestanie pić. Ja, wystarczająco podrosłam - i rozumiem. A po kilku latach jego ojciec, mąż Eli, żebym nie piła wody z kranu, jego starszy syn tak pijał i wiadomo, jak skończył!
     On - ten młodszy, jej mąż - zawsze nam wszystkim miły, wpada kiedyś z Martą na sylwestra do babci. Jestem tam z koleżankami, pijemy piccolo. Strasznie szanuje mojego dziadka. Wybija północ, szampan się leje, my dalej piccolo, dziadek, babcia, Marta z mężem - po kieliszku szampana. Dziadek, jeszcze trochę szampana? A oni, nie, nie, dziękujemy bardzo, już jedziemy, chcieliśmy tylko na chwilkę wpaść, i rzeczywiście po pół godzinie już ich nie ma.
     Boże, co ja mam zrobić? To ciocia Ela płacze mamie w słuchawkę. Jestem już starsza, ale nie spotkałam się wcześniej z tym słowem, mamo, co to jest delirium? Mama odpowiada i beznamiętnym tonem, że wujek przeszedł ciężką noc, wymyślił sobie, że jest żołnierzem w czołgu, po przegranej stronie, że jego życie wisi na włosku.
     Idusiu, dziękuję, już mi troszkę lepiej - ociera szloch. Wstaje i poprawia makijaż. Odnoszę wrażenie, że głos jej się chwieje nie tylko ze względu na łzy.
     Kiedy zostaję z ciocią sama, pytam, co się stało? Przecież widziałam ich, jak tańczyli. Ona wirowała, z radością w oczach i na twarzy, on ją na palcu okręcał w okół siebie, zachowywali się, jak wszyscy inni na weselu. Ale coś mnie przez to rzyganie musiało ominąć.
    Wypił za dużo, tracił parkietowy dryg, i przy wszystkich się potknął, i wywrócił ją na ziemię. Ona, upokorzona, ale to jeszcze nic. Wstaje, otrzepuje się, próbuje śmiać, jakoś z sytuacji wycofać, zabrać go stamtąd, niech jadą do domu, bo on już się źle czuje albo przynajmniej odpocznie na tarasie. Jemu się ten pomysł nie podoba, i kiedy ona go wyciąga, bełkocze przekleństwa pod jej adresem, oburza się, już są na korytarzu, kiedy nazywa ją w wyjątkowo wulgarny sposób.
     Dla niej to taki wstyd, akurat na tym weselu, gdzie jest tylu z rodziny, i tylu też porządnych, ułożonych, w jej mniemaniu, ludzi, a zwłaszcza, że sama jest troszkę wypita, pojadą do domu, jaka szkoda - takie wspaniałe przyjęcie!
     Ale nie przejmuj się tym kochanie, jak twój brzuszek?
     Ekspedientka podkłada kawę pod czytnik, bip. Marta płaci i opuszcza sklep bez pożegnania.

wtorek, 20 sierpnia 2013

Manifest niemożności, vintage dzień dobry, wariacje

       Chcę napisać o sobie, bo usilnie potrzebuję coś napisać, bo wychodzę z założenia, że najlepiej poruszać się w znanych tematach (żeby nie zabrzmieć niewiarygodnie!), bo przecież jestem najlepiej znanym sobie tematem, bo wciąż jeszcze się boję użyć czyichś życiowych wariacji na własną korzyść (pozostałości kręgosłupa moralnego).
     
        Gdybym chciała napisać opowiadanie, kto miałby być jego bohaterem, i jaki sens miałoby w ogóle przytaczanie jego historii? Jakieś wewnętrzne przeczucie wpycha mi do głowy opowieści oparte na faktach, ale tylko te, które znam ze szczegółami. Z moją zdolnością do hiperbolizacji i chęcią do modelowania zdań, przeistoczyłabym czyjeś - najchętniej dramatyczne - rozterki w poruszający tekst, ale na przeszkodzie zawsze staje naiwny mózg, który podsuwa taki oto ciąg przyczynowo-skutkowy.

         Załóżmy, że realizuję się, wykorzystując jakiś przebieg wydarzeń z przeszłości. Stanowić on będzie fabułę, a więc główny szkielet mojego opowiadania. Upstrzę tekst już wedle uznania: uzupełniając własną niewiedzę fikcją literacką, uwydatniając elementy korzystne mojemu opowiadaniu, nie zaś te, które w rzeczywistości pozostawały wyłuszczone, w usta bohaterów włożę nigdy niewypowiedziane słowa - w skrócie: utopię rzeczywistą przeszłość w morzu obłudy, ale w taki sposób, by nie zatracić autentyczności.

         Smakowity kąsek dla mnie. Zwłaszcza teraz - podczas długiej, wakacyjnej przerwy.
         Zakładam jednak dalej.
         Doprowadzam swoją opowieść do końca i po licznych poprawkach decyduję się wyciągnąć ją z przysłowiowej ,,szuflady''. Przedstawiam ją najpierw bliższym, potem dalszym.
          I teraz najgorsze.
         A co jeśli nieszczęśliwy zbieg przypadków spowoduje, że moje niewinne, nastoletnie próby pisarskie (bo tak się właśnie usprawiedliwiam) trafią w niepowołane ręce?
         Właścicielka tych rąk zainteresuje się tekstem nie tylko ze względu na kilka skrzętnie dobranych zdań go otwierających, ale przede wszystkim przez bliskie pokrewieństwo z autorką. Zwłaszcza, że to pokrewieństwo, choć stało się już dawno temu dość formalne, kiedyś cechowała bliskość psychiczna.
         Zainteresowanie tej osoby wzrasta w miarę, jak okazuje się, że czyta o swojej młodości i...
       
          Zastanawiałam się nad tym regularnie od maja, kiedy pomysł wpadł mi do głowy. Był okres, kiedy nawet tracił na atrakcyjności i wydawało mi się, że dałabym radę zastąpić go czymś innym.
           Nie dam.

          Pisać o sobie? A cóż to znaczy w moim przypadku! Przelać na bloga tą samą dziewiętnastoletniość, którą pulsuje mój pamiętnik? Dać upust swojej niewiedzy i niepewności, swoim przegranym walkom z pisaniem? Manifestować pisarską niemożność, opartą na niedoświadczeniu? Opartą na strachu - byle tylko nie powielić jakiejś bzdury, którą ktoś już opublikował. Opartą na niezdecydowaniu - czego bym oczekiwała od efektu swoich zmagań?
Zamiast po prostu zabrać się do pisania, manifestuję swoją niemożność. To właśnie ta śmieszna odmiana perfekcjonizmu - za bardzo się boję własnej amatorszczyzny, żeby chociaż spróbować. I w ostatecznym rozrachunku okazuje się, że tylko miotam się w swoich niespełnionych pragnieniach, że tylko opowiadam o przyłączeniu się do prądu kreacji, a najlepiej jeśli wcześniej wypiję trochę alkoholu - wtedy moje serce bije precyzyjnie w rytmie marzeń, ale efektem tej gadaniny na zawsze pozostaje nicość.

          Wrzucam swoją niepewność w Internet, a tworząc ten post podjęłam decyzję - napiszę moje opowiadanie. I o sobie też coś napiszę. A na razie przywitam się:
dzień dobry, jestem wariatką i nie umiem pisać.