wtorek, 20 sierpnia 2013

Manifest niemożności, vintage dzień dobry, wariacje

       Chcę napisać o sobie, bo usilnie potrzebuję coś napisać, bo wychodzę z założenia, że najlepiej poruszać się w znanych tematach (żeby nie zabrzmieć niewiarygodnie!), bo przecież jestem najlepiej znanym sobie tematem, bo wciąż jeszcze się boję użyć czyichś życiowych wariacji na własną korzyść (pozostałości kręgosłupa moralnego).
     
        Gdybym chciała napisać opowiadanie, kto miałby być jego bohaterem, i jaki sens miałoby w ogóle przytaczanie jego historii? Jakieś wewnętrzne przeczucie wpycha mi do głowy opowieści oparte na faktach, ale tylko te, które znam ze szczegółami. Z moją zdolnością do hiperbolizacji i chęcią do modelowania zdań, przeistoczyłabym czyjeś - najchętniej dramatyczne - rozterki w poruszający tekst, ale na przeszkodzie zawsze staje naiwny mózg, który podsuwa taki oto ciąg przyczynowo-skutkowy.

         Załóżmy, że realizuję się, wykorzystując jakiś przebieg wydarzeń z przeszłości. Stanowić on będzie fabułę, a więc główny szkielet mojego opowiadania. Upstrzę tekst już wedle uznania: uzupełniając własną niewiedzę fikcją literacką, uwydatniając elementy korzystne mojemu opowiadaniu, nie zaś te, które w rzeczywistości pozostawały wyłuszczone, w usta bohaterów włożę nigdy niewypowiedziane słowa - w skrócie: utopię rzeczywistą przeszłość w morzu obłudy, ale w taki sposób, by nie zatracić autentyczności.

         Smakowity kąsek dla mnie. Zwłaszcza teraz - podczas długiej, wakacyjnej przerwy.
         Zakładam jednak dalej.
         Doprowadzam swoją opowieść do końca i po licznych poprawkach decyduję się wyciągnąć ją z przysłowiowej ,,szuflady''. Przedstawiam ją najpierw bliższym, potem dalszym.
          I teraz najgorsze.
         A co jeśli nieszczęśliwy zbieg przypadków spowoduje, że moje niewinne, nastoletnie próby pisarskie (bo tak się właśnie usprawiedliwiam) trafią w niepowołane ręce?
         Właścicielka tych rąk zainteresuje się tekstem nie tylko ze względu na kilka skrzętnie dobranych zdań go otwierających, ale przede wszystkim przez bliskie pokrewieństwo z autorką. Zwłaszcza, że to pokrewieństwo, choć stało się już dawno temu dość formalne, kiedyś cechowała bliskość psychiczna.
         Zainteresowanie tej osoby wzrasta w miarę, jak okazuje się, że czyta o swojej młodości i...
       
          Zastanawiałam się nad tym regularnie od maja, kiedy pomysł wpadł mi do głowy. Był okres, kiedy nawet tracił na atrakcyjności i wydawało mi się, że dałabym radę zastąpić go czymś innym.
           Nie dam.

          Pisać o sobie? A cóż to znaczy w moim przypadku! Przelać na bloga tą samą dziewiętnastoletniość, którą pulsuje mój pamiętnik? Dać upust swojej niewiedzy i niepewności, swoim przegranym walkom z pisaniem? Manifestować pisarską niemożność, opartą na niedoświadczeniu? Opartą na strachu - byle tylko nie powielić jakiejś bzdury, którą ktoś już opublikował. Opartą na niezdecydowaniu - czego bym oczekiwała od efektu swoich zmagań?
Zamiast po prostu zabrać się do pisania, manifestuję swoją niemożność. To właśnie ta śmieszna odmiana perfekcjonizmu - za bardzo się boję własnej amatorszczyzny, żeby chociaż spróbować. I w ostatecznym rozrachunku okazuje się, że tylko miotam się w swoich niespełnionych pragnieniach, że tylko opowiadam o przyłączeniu się do prądu kreacji, a najlepiej jeśli wcześniej wypiję trochę alkoholu - wtedy moje serce bije precyzyjnie w rytmie marzeń, ale efektem tej gadaniny na zawsze pozostaje nicość.

          Wrzucam swoją niepewność w Internet, a tworząc ten post podjęłam decyzję - napiszę moje opowiadanie. I o sobie też coś napiszę. A na razie przywitam się:
dzień dobry, jestem wariatką i nie umiem pisać.